DZIENNIK
z wyjazdu na ferie
część czwarta
WPIS GLANIARZA
Nareszcie wleźliśmy na sam szczyt. Nie wiem, po co to robiliśmy, skoro mieliśmy posiedzieć tam tylko kilkanaście minut, a potem zejść. To nielogiczne! Przy okazji wywaliłem się na jakimś kamieniu, przez co mam teraz posiniaczone i poobdzierane kolana (zresztą prawy glan też na tym ucierpiał).
Nienawidzę gór!
Siedzieliśmy w stołówce jakiegoś schroniska. Kupiliśmy sobie po kubku herbaty i rozsiedliśmy się na ławkach, już pogodzeni po tych zgrzytach. Tylko Kurt chował urazę. Nie wiem zresztą do końca o co im tam poszło. I wolę w to nie wnikać, bo mogę narobić problemów, i sobie i im.
- Jak można było tak obedrzeć glany? - powiedziała Metalowa popijając herbatę ze styropianowego kubka.
- Sam tego nie wiem – odparłem.
- Nie widziałeś moich pierwszych glanów – wtrąciła Kate. - Teraz mam nowe, ale te moje poprzednie to była masakra. Chodziłabym w nich do tej pory, bo mimo tego, że rozwalone, to były dobre. Ale rodzice się uparli na kupno nowych butów.
- Problemy z szukaniem były?
- I to jakie. Zanim znalazłam glany to nabiegałam się po masie sklepów i zmierzyłam tryliard babskich kozaków.
- A gdzie szukałaś tych butów?
- Blisko rynku i w galeriach.
- Tam to porządnych glanów nie znajdziesz. O ile w ogóle jakieś uda ci się dostać.
- Ja swoich kilka par mam z takiego sklepu, niezbyt znanego, ale dobrego. Jest na ulicy Pałacowej – dodała Metalowa. - Są tam glany jakie chcesz i z czym chcesz – z łańcuchami, ćwiekami, dziesięciodziurkowe i dwudziestodziurkowe... Po prostu raj na ziemi. Jak coś to tam idź. Oszczędzisz sobie czasu i nerwów.
- Dobrze gada – potwierdziłem.
- Mogliście powiedzieć wcześniej – rzuciła Kate i podniosła kubek do ust.
- Nie chwaliłaś się tym, że będziesz kupować buty – oświadczyłem. - Ale jak coś, to wiesz, gdzie szukać glanów, jak ci się te rozwalą. Ale nie powinny. Glany to trwałe buciory – wyjaśniłem.
- No, widać to na twoim przykładzie – parsknęła śmiechem M szturchając nogą mój prawy obdarty glan.
- Ciekawe, co z Shiro? – Katie oparła się o oparcie ławki. - Pewnie zdycha z nudy w tym pokoju...
- Ja nie pojmuję, po co go zabrałaś ze sobą – pokręciłem głową.
- Powiedzmy, że ja i mój pies jesteśmy jak ty i twoja obroża – wskazała na mnie mieszadełkiem do napoju. - Nie rozstajemy się.
- Glaniarz nie rozstaje się z tą obrożą do takiego stopnia, że w niej śpi – powiedziała Metalowa, po czym łyknęła herbatę.
- Na serio? - zdziwiła się Sam, która jak do tej pory nie brała żadnego udziału w naszej rozmowie.
- Oczywiście – odparłem.
- I nie jest ci w niej niewygodnie?
- Przywykłem.
- Trzeba ci jeszcze budę postawić – wycedził Nathan wciśnięty w kąt.
- Budę to już mam. Pięć dni w tygodniu w niej bytuję słuchając krzyków Pomidorówki – zaśmiałem się.
- Nawet bez budy jesteś jak pies – wtrąciła M.
- Dlaczego? Taki fajny jestem? - ucieszyłem się.
- Dobrze się uganiasz za kotami.
- To był jeden raz!
- Ale co? - zapytała Sam.
- To z ganianiem kotów? Stara historia.To było parę lat temu, jeszcze w podstawówce. Dopiero co poznałem M. Zaprosiłem ją do siebie któregoś dnia. Wtedy też była u mnie z wizytą ciotka. A z niej jest straszna kociara. I zabrała ze sobą swoją kotkę, Lulu. I ta Lulu wylegiwała się na moim łóżku. Poszedłem do swojego pokoju, rzuciłem się na swoje łóżko i spadłem na kota.
Cała czwórka wybuchła śmiechem.
- To nie wszystko. Kot się zaczął drzeć, podrapał mi tyłek i plecy i zwiał przez uchylone drzwi, a potem przez otwarte okno w kuchni. Ciotka wydarła się na mnie i pogoniła na poszukiwania. Potem z Metalową biegaliśmy za kotem, dobrze się zgoniliśmy w trakcie pościgu za nim i poobdzieraliśmy, próbując zdjąć go z drzewa.
- I zdjęliście?
- Kot wskoczył na teren sąsiada, a tam zagryzł go doberman...
- Ou... - jęknęła z niesmakiem Sam.
- A ta blizna to od czego? - Kate odchyliła delikatnie moje włosy i zaczęła uważnie przyglądać się mojej szyi.
- Lulu mi ją załatwiła – odparłem odsuwając blondynkę od siebie.
- Niezły był kot z tej Lulu – powiedziała.
- Metalowa jest do niej bardzo podobna.
- Z jakiej racji mam być podobna do kota twojej ciotki? - oburzyła się metalówka.
- Bywasz wredna i lubisz drapać – odpowiedziałem.
- Hej, to skoro już mowa o bliznach i kotach, to ja się chętnie dowiem, co nasza mroczna dziewoja kryje pod tą grzywą – Nathan oparł się o stół.
- Nie twój interes – warknęła.
- Jak powiesz, to nie będę się dopytywać.
- Nie musisz tego wiedzieć.
- To chociaż imię zdradź.
- Nie ma mowy.
- Czemu robisz z tego takie tajemnice?
- Bo lubię intrygować ludzi.
- A ja nie jestem już zaintrygowany, bo wiem, jak Metalowa się nazywa i co ma pod grzywką! - krzyknąłem z radością.
- Powiedz cokolwiek, a zginiesz na miejscu! - M chwyciła mnie za kurtkę.
- Spokojnie, spokojnie. Skoro przez tyle lat nikomu nie pisnąłem słowa, to i przez kolejne lata nic nie powiem – uspokajałem ją.
- Mam taką nadzieję – wycedziła przez zęby, po czym mnie puściła.
- Dziwne są te wasze relacje – rzuciła Kate.
- I kto to mówi?
- Wszyscy jesteśmy pokręconymi wariatami – oświadczył Nathan i podniósł się z ławki. - To idziemy? Bo herbata się skończyła.
Historia się powtarza, tym razem od końca. Schodziliśmy ze szczytu, po skałach, kilkadziesiąt metrów na dół, potem pojechaliśmy wyciągiem do podnóża, oczywiście Metalowa musiała się pobawić i huśtać tym krzesełkiem. Ja robiłam jak ona. Po co się bać? Raczej nie wypadnę. Potem pieszo kawałeczek trasy trzeba było przejść, następnie hopla do autobusu, wracamy do ośrodka i dostajemy obiad.
- Trzymaj – Metalowa rzuciła mi na talerz kurze udko.
- Nie zjem tego – powiedziałem.
- Jak to nie? Nie jesz mięsa? Od kiedy? - zdziwiła się.
- Od dość dawna.
- Nie wiesz co tracisz – rzuciła i zatopiła zęby w mięsie.
- Szkoda, że nie masz tej szpary między zębami, jak parę lat temu.
- Nienawidziłam jej. Dlatego nosiłam aparat.
- Ale ja ją lubiłem. Fajnie wyglądałaś z rozsuniętymi na boki jedynkami.
- Weź przestań! Były okropne!
- Jak uważasz, ale mówię, że tak wyglądałaś zabawniej.
- Dlatego miałam druty.
- Opłacało się?
- Tak. Przynajmniej nie mam rozsuniętych zębów.
- Kiedyś byłaś fajniejsza.
- To znaczy?
- No, z wyglądu. Krótkie spodenki na szelkach, rozsunięte ząbki i jeszcze włosy o wiele krótsze.
- PRZETSAŃ! - zatkała mi usta.
Wtem przestaliśmy się wygłupiać. Usłyszeliśmy przerażony kobiecy krzyk. Do tej jadalni z naszego ośrodka wbiegła przerażona sprzątaczka.
- Co się stało, Margaret? - z kuchni wybiegł kucharz.
- PIES! PIES! PIES!
Kate podskoczyła na krześle. Wystraszyła się nie na żarty. Ja tak samo.
- Gdzie? - kucharz nie mógł uwierzyć w to, co mówiła pani Margaret.
- W POKOJU 23! - wrzasnęła.
Spojrzałem na Kate. Szybko oddychała, pociła się, rozglądała na wszystkie strony, nie wiedziała, co zrobić. Wszyscy wpadliśmy w panikę. Cała nasza szóstka.
Coś trzeba zrobić!
- Ja muszę iść do łazienki! - wyskoczyłem w górę.
Metalowa prędko wcisnęła mi klucz w dłoń, a ja pobiegłem na górę, w stronę naszych pokoi. W pośpiechu próbowałem trafić niewielkim metalowym kluczykiem w zamek. W końcu mi się to udało. Wtedy też okazało się, że drzwi były otwarte. Tamta kobieta w pośpiechu i strachu nie zamknęła ich na klucz. Nieważne zresztą. Wbiegłem do pokoju. Pies leżał na łóżku. Był zdezorientowany. Zaczął warczeć na mój widok.
- Chodź Shiro, chodź! - złapałem go za obrożę i starałem zaciągnąć w stronę balkonu. Pies nie chciał jednak współpracować.
- Shiro! Zaraz cię stąd zabiorą! Chcesz tego? Chcesz stracić Kate?! - powiedziałem do niego.
Pies chyba to zrozumiał, bo przestał stawiać opór i posłusznie skierował się ze mną na balkon. Chwyciłem go za grzbiet, podniosłem i przerzuciłem na stronę balkonu moją i chłopaków.
Jak oparzony wyleciałem z pokoju dziewczyn. Przy okazji po drodze kopnąłem psi gryzak i miskę pod łóżko, na którym sypiała Sam. Trzeba się pozbyć dowodów. Otworzyłem drzwi do dwudziestki czwórki, czyli mojego, Nathana i Kurta pokoju, trzasnąłem drzwiami, zaciągnąłem psa z balkonu do środka i zamknąłem się w łazience. Dosłownie w tej samej chwili usłyszałem mówiącą w panice sprzątaczkę, kucharza, jakiegoś innego faceta, Pomidorówkę i Fąfla. Weszli do dwudziestki trójki, otwierali i zamykali drzwi. Chyba niczego nie znaleźli. A teraz wparowali do mnie. Ktoś zapukał do drzwi łazienki.
- Matthew, jesteś tam?
To była Pomidorówka.
- Tak – odpowiedziałem głośno, przyciskając nie do końca zadowolonego psa do siebie.
- Nie było tu psa?
- Psa? Jakiego psa? - rżnąłem głupa. - To jakiś absurd!
- Widzi pani! Coś musiało się pani przewidzieć! - dobiegł mnie głos Fąfla zza drzwi.
- Ale ja mówię prawdę. Tam był biały pies! Wielki! Groźny! - to sprzątaczka.
- Pani Margaret, chyba powinna pani pójść na urlop – jakiś facet.
- To skoro nic tu nie ma, ja wracam do kuchni. Chyba potrawka mi się zwęgliła – kucharz.
- To możemy już posiedzieć w pokoju? - Kate.
- Tak – Pomidorówka.
Trzaśnięcie drzwi.
Cisza.
- Glaniarz! Otwórz! - krawaciara zaczęła walić w drzwi.
Zrobiłem jak chciała. Pies prędko wyleciał z łazienki i wskoczył na uradowaną właścicielkę. Ona przytuliła go z całych sił, po czym rzuciła się na mnie.
- Jasna cholera, dziękuję ci! Ocaliłeś życie Shiro i mi!
- To nic takiego. Działałem w panice – odparłem i jak najprędzej uwolniłem się z żelaznego uścisku dziewczyny.
Po chwili w pokoju znalazła się reszta bandy. Kate na każdego po kolei się rzucała, dusiła (to znaczy przytulała) i była szczęśliwa jak nigdy przedtem. Na samym końcu skoczyła na psa i nie wypuściła go z rąk. Zrobiło mi się o trochę szkoda... Mnie zabolało jej „przytulanie”, a co ma powiedzieć pies? Ale ten biały worek pcheł nie narzekał na to, że jest duszony, a wręcz się cieszył.
Było już po zmroku. Siedzieliśmy sobie na łóżkach i podłodze, graliśmy w pokera, a w sumie ja próbowałem nauczyć chłopaków wspomnianej gry, i gadaliśmy o różnych głupotach.
- Dalej się na mnie gniewacie? - odezwał się Kurt, który bezustannie czuł się nieswojo.
- Nie – odparłem rzucając kartę na podłogę.
Chłopak rozejrzał się dookoła. Zatrzymał wzrok na Sam i Nathanie. Piroman też go bacznie obserwował. W końcu trzepnął go w całej siły w ramię, a Kurt zawył z bólu.
- Już nie – powiedział Nath zadowolony jak nigdy.
Sam westchnęła.
- Też nie – dodała.
Kurt uśmiechnął się, po czym jego uwaga skupiła się na Kate, która wierciła się na moim łóżku.
- Masz ADHD? Rozwalasz mi łóżko, a ja będę na nim spać - fuknąłem na dziewczynę.
- Nie mam ADHD, tak samo jak PSP – wydusiła kopiąc kołdrę.
- Dam ci tablet, jak zostawisz moją pościel.
- Tablet? - ożywiła się.
Podniosłem się, podszedłem do plecaka i wyjąłem z niego tamto dziadostwo.
- Tylko mi nie grzeb w plikach – powiedziałem podając jej przedmiot.
- I tak tam niczego nie znajdziesz – wtrąciła M. - Tylko zdjęcia Glaniarza w warkoczach.
- Po cholerę mi jakieś jego pliki i warkocze! Grunt, że mam elektronikę w dłoniach – rzuciła Kate gładząc tablet.
Nagle coś mnie szarpnęło za włosy.
- Nie ruszaj się! - syknęła Metalowa.
- Błagam, tylko nie warkocze! - jęknąłem.
- Jasne że nie. Dziś robię ci loki! - zaśmiała się złowieszczo.
Po co szukać diabła w piekle? Już siedzi koło mnie.
Fajnie się czyta.Ja chcę więcej
Glaniarz w loczkach.. ;>
Może spróbuj go narysować?